sobota, 17 października 2009
reklamacja
Ja się tak nie bawię. I wcale mi się to nie podoba. Miała mnie naprawić na stałe a nie tylko na jakiś czas. No wiem, gwarancji nie dawała. A mi naprawdę nie podobają sie łazienkowe rozmowy z lwem. To znaczy ja ryczę a on nie odpowiada. Najgorsze jest to, że zbiera mnie na te rozmowy w najbardziej nieoczekiwanych momentach. I nie gadać mi tu, że jestem w ciąży, bo nie jestem! Jeny, znowu muszę iść do łapiducha. Wiem, bredzę ale znowu mi niedobrze, bleeeeeeeeeee.........
wtorek, 06 października 2009
mam myjkę i nie zawaham się jej użyć!
Złośliwość moich kolegów nie zna granic. Dzisiaj wróciłam z terenu ze służbowmi bucikami (gumiakach, gumaczkach, gumniakach czyt. do wyboru) tak upaskudzonymi, że żeby je doprowadzić do stanu używalności to wyciągnęłam myjkę ciśnieniową. Gumaki na stojak, myjka w łapę, woda na full i błoto zaczęło odpadać a buciki zaczęły pokazywać swój naturalny granatowy kolor. Wraz ze spływajacym błotem kolegom zaczęła dopisywać ich wrodzona elokwencja i skłonność do fantazjowania. A że im nie przeszkadzałam w fanazjowaniu to wymyślili, że szoruję butki, bo przyjechała telewizja (a przyjechała z powodu ogólnopolskiego skandalu). I żebym tak sie nie starała, bo oni i tak mnie zdejmują od pasa w górę. I, że tak nie może być. Bo to, że w każdej gazecie, którą oni czytają jest fotka z Beną, to oni się przyzwyczaili, ale żeby jeszcze i w telewizorni Bena, to oni mają tego dosyć. Oni protestują i kategorycznie zabraniają. I tu już nie zdzierżyłam. Chlusnęłam wodą po ich butach i wycedziłam: - To może pora czytać miejscową gazetę częściej niż raz do roku? I was w telewizji nie pokażą! Jeden z nich odważnie zapytał: - A dlaczego niby nie? - Bo brzydki jesteś! I się rozeszli. Bo myjka ciągle była w mojej łapie, gotowa do uruchomienia.
czwartek, 01 października 2009
cenzura jakaś czy co?
A niech to! Był wpis i znowu go zeżarło. Nawet sobie pomarudzić nie można bo pilnują i nie pozwolą opublikować. Niech mnie ktoś przytuli !!!
piątek, 25 września 2009
góralskie korale
Starsza wróciła z gór. W prezencie przywiozła mi korale. Turkusowe. I to nie jest ulubiony rodzaj ozdób, które noszę. Dziś ozdobiłam szyję tymi kuleczkami. To co zobaczyłam w lustrze nie bardzo przypadło mi do gustu. Ale nie zdjęłam, przyszłam do pracy wystrojona w korale. I od rana zbieram komplementy. Od żeńskiej i męskiej części załogi. Jak to jest? Mi się nie podoba a inni twierdzą, że wyglądam w tym super? 
wtorek, 22 września 2009
kabelkowa historia
Miało go tam nie być. Kabla energetycznego. Ale był i chyba cudem nikogo nie zabiło. A ja dostałam niezły problem do rozwiązania. Od rana siedziałam ze słuchawką przyklejoną do ucha i wydzwaniałam gdzie tylko się da, żeby wyprostować ten kabel, co to nie powinien a jest. Pod koniec dnia byłam już na etapie ścigania wykonawcy od kopania rowków pod kabel. Relikt jakiś. Bezkomórkowy. W sensie, ze komórki nie posiada. I jak w końcu ktoś odebrał telefon stacjonarny, to z prędkością karabinu maszynowego rzuciłam kilka uwag na temat braku łączności bezkabelkowej i wyłuszczyłam o co mi chodzi. A chodziło głównie o to, że za ile i kiedy może zacząć kopać. I pan mi odmówił. Powiedział, że on nie będzie żadnych rowów kopał, nawet dla mnie. Zdębiałam, bo kilka dni temu pan był bardzo chętny. Nie będzie kopał, bo on nie jest pan Iksiński od kabelków i ma końcówkę numeru 43 a nie 34. Ale pana Iksińskiego zna i wszystko mu przekaże. I się rozłączył. A ja zdębiałam powtórnie. - Co? już nawet kolegów wykonawców nie oszczędzasz i opieprzasz? - litościwie rzuciła Koleżanka pracowa.
piątek, 18 września 2009
łeeeee tam
Do nowego to ja przeważnie z zaciekawieniem. Ale ten nowy blox wcale mnie nie zaciekawia. Odpycha. I gdzie się podziała dzisiejsza moja notka???? P.S. A tę notkę dla odmiany opublikowało mi podwójnie. Musiałam wykasować. Niech sie lepiej postarają, bo całkiem przestanę.
poniedziałek, 14 września 2009
Poniedziałkowy optymizm
Myśląc o sobie chcę wierzyć, że jestem optymistką. Nie lubię marudzić, nie lubię marudzenia u innych. Często sobie wmawiam, ze szklanka jest do połowy pełna. No, cholercia jasna staram się, naprawdę się staram. We wszystkie dni tygodnia, całe 24 godziny na dobę. Oprócz poniedziałkowych poranków. Po prostu, w poniedziałkowy poranek jadę na oparach swojego optymizmu. W poniedziałek rano wszystko jest bleeee. I marudzę straszliwie. I ziewam tak, że każdy widzi moje migdałki. I dzisiaj, ktoś kto zna mój poniedziałkowy wstręt do życia przypomniał mi, że : powinnam cieszyć się z sajgonu w pokoju Młodszej, bo to oznacza że dziecko bywa w domu, powinnam być zadowolona, że księgowa wysyła znaczną część mojego wynagrodzenia w świat, bo to znaczy że mam pracę, uśmiech na ustach powinien gościć na okolo głowy jak zabieram sie za zmywanie, bo to znaczy że ludzie do mnie zaglądają i jest komu brudzić talerze, nie dopinające się spodnie, świadczą że mam co jeść, mam 20 sztuk okien do umycia, ba mam gdzie mieszkać, poniedziałkowe pomysły Bossa świadczą, że jeszcze całkiem nieźle słyszę, góry prasowania powinny pognać w diabły poranne "ja nie mam co na siebie włożyć", pękający łeb w poniedziałkowe popołudnie powinien cieszyć, bo to znaczy że mimo wszystko potrafię ciężko pracować, i najlepsze - powinnam całować wyjący porannie budzik, bo to znaczy że ciągle żyję!!!! W myśl zasady - szklanka pełna do połowy - to ja nawet jestem skłonna w to uwierzyć. Ale w to, że mam być szczęśliwa bo zamiast na 4 dziurkę paska, dzisiaj ledwo dopięłam się w 3, to już nie jestem w stanie. Ani w poniedziałek rano, ani w żaden inny ranek tygodnia!!! To jest psze pana niemożliwe. Koniec. Kropka.
wtorek, 08 września 2009
A u mnie ciągle lato..... 
Ta nazwa łajby bardzo mi się podoba. 
Tu się dzieje akcja nowego serialu o mazurskich ratownikach. Przypadkiem trafiłam na plan zdjęciowy. Tylko jako obserwator!
poniedziałek, 07 września 2009
efekt uboczny wkurwu
W piątek był tzw. (brzydko mówiąc) wkurw. Obustronny. Ja na Bossa, Boss na mnie. Diametralna różnica zdań. Bossowy wkurw trwa do dzisiaj. Objawia się tuptaniem po korytarzu i zagladaniem do każdego z pokoi. I czepianiem o bzdety. Benowy dział jest wyłączony z tego rytuału. Wszyscy mają tego serdecznie dosyć. Ja tuptania po korytarzu i zglądania do pokoju, reszta czepialstwa bzdetowego. Po kolejnej rundce tuptania, Koleżanka Pracowa wycedziła przez zęby: - A temu co? Niech już jedzie w teren bo oszaleć mozna od tych wycieczek. O co mu chodzi? - Jak to o co? Albo chce mnie wezwać na dywanik albo przyznać mi rację w piątkowej awanturze - odpowiedziałam. - No tak, jedno i drugie do łatwych nie należy. Ciężki tydzień się szykuje - stwierdziła. Oby do piątku.
środa, 02 września 2009
takie tam psie myśli
Właśnie dowiedziałam się, że koleżanki Starszej rodzą już dzieci! I wpadł mi w ręce siwy włos! Nie dość, że siwe to jeszcze wypadają? Czyżby przyszła pora do oswajania się z myślą o byciu ....? Jeny, nawet boję się mówić o tym głośno! Chociaż Starsza kategorycznie twierdzi, że dzieci to ona nigdy w życiu. Ale jest jeszcze Młodsza. Ta dla odmiany twierdzi, że i owszem. Jakoś poczułam sie strasznie stara.
niedziela, 30 sierpnia 2009
torebkowy horror
Byłam w stolicy. Spacerując po starówce, dojrzałam w oknie wystawowym torebkę w pięknym śliwkowym kolorze. Kolor piękny, cena jeszcze piekniejsza. 3 800 zł. Tak, tak. Dobrze policzyłam zera. W następnym oknie stała sobie czerwona torebka. Za marne (!!!) - 7 800 zł. Z ciekawością zajrzałam co tez wystawili w trzecim oknie. Kolejna torebka? Nie! Sukienka, kolorystycznie pasująca do torebek z poprzednich okien wystawowych. Cena też pasowała do obu torebek 10 800 zł. I pomysleć, że ja wybrzydzałam nad torebką za 500 złotych polskich. A w ogóle to dziwny zwyczaj zamieszczać ceny w oknach wystawowych, w życiu nie wejdę do takiego sklepu. A może o to właśnie chodzi? Żeby wystraszyć?
środa, 26 sierpnia 2009
i wszystko wiadomo

Prezent od dziecka :)
niedziela, 23 sierpnia 2009
...
Wykasowałam, to co tu napisałam rano.
niedziela, 16 sierpnia 2009
podziwianie w zastępstwie
Ostatnio z Młodszą mam utrudniony kontakt. Mamy zupełnie inne czasy aktywności. Wszystko przez jej pracę. Jak ja śpię, to ona pracuje. Wtedy ona pisze w nocy do mnie sms-y a ja odpowiadam na nie jak wstanę. Ona już wtedy nie odpowiada, bo śpi. Jak ma wolne i przyjeżdża do domu to jest podobnie. W dzień śpi, w nocy nadrabia towarzyskie zaległości, ale wtedy przynajmniej widzimy się w przelocie. Ostatnio przyszłam do domu to jej już nie było, pojechała do pracy. W kuchni stała sobie róża. Pot mnie zimny oblał. Znowu zapomniałam o jakieś ważnej dacie? Dzwonię, kręcę jak diabli żeby dowiedzieć sie jaka to okazja i przy okazji nie wpaść ze swoim zapominalstwem. Nie udało się. Pytam więc, wprost: - Co to za róża? I z jakiej okazji? - Różę dostałam od kolegi. Zostawiłam ją, bo szkoda było mi ją brać, zwiędłaby w autobusie. Możesz ją sobie popodziwiać w moim zastępstwie. 
Podziwianie zastępcze? To może i dostawać w zastępstwie też będę?
wtorek, 11 sierpnia 2009
markowe marzenie
Wkurzona na cały świat, a właściwie to na Bossa, bo mi wniosku urlopowego nie podpisał, pojechałam do miasta wojewódzkiego ze służbowymi kwitami. Jak już obleciałam okoliczne urzędy to wpadło mi do głowy, na moje nieszczęście, zajrzeć do centrum zakupowego. Bo nazbierało mi sie trochę ciuchowych zaległości. Nic mi nie wpadło w oko. Ani z tych koniecznych, ani z tych nie całkiem potrzebnych fatałaszków. Zajrzałam do sklepu z torebkami. Markowymi. Wyprzedażą skusili mnie. Od razu wpadła mi w oko. Pasowała jak ulał. Skórzana. Nie za duża, nie za mała. Bez jarmarcznych ozdóbek, których nie cierpię. No i ten kolor! Czerwony, identyczny jak moje zimowe rękawiczki. Nie kupiłam. Wyszłam ze sklepu. Pięciu stów to ja za torebkę nie zapłacę. Mimo, że była po przecenie. Do tej pory pluję sobie w brodę, po jaką cholerę mnie ponioslo do tego sklepu! I jak tu sobie można poprawić humor zakupami?
|
|